sobota, 3 listopada 2012

Tajemnica życia


Rozdział drugi. Zdjęcia.


Przewróciłam się parę razy na łóżku. Dziś są moje siódme urodziny. Nie uda się mi chyba zasnąć... Jeszcze na kwadrans zamknęłam oczy, ale widząc, że nie zasypiam, przeciągnęłam się parę razy i usiadłam na łóżku. Wystrój mojego pokoju jest starożytny. Pokój, w którym teraz się ulokowałam ma ponad 100 lat, przynajmniej tak mi mówił brat. Przez to niestety muszę uważać – w każdym momencie podłoga może się zarwać, jeżeli będę biegać bądź skakać. Na podwórzu, gdzie wyszłam po odpowiednim ubraniu się, rozciąga się olbrzymi ogród. Mama często tu sadzi roślinki. Ja jej pomagam. Obok tego ogrodu mamy boisko. Gramy tu z bratem na trawie w kosza. Od czasu do czasu mama dołącza się. Niestety, takie chwile są rzadkie. Zazwyczaj mama siedzi na podłodze, trzymając w ręku papierosa lub butelkę alkoholu i szlochając. Kiedy jest w takim nastroju, nikt nie może jej doglądać.
Usiadłam na drzewie. Brat mnie nauczył wdrapywać się na to, co jest wysokie. Rozejrzałam się. Był tu piękny widok na całą łąkę. Około dwa, a może trzy kilometry stąd było miasto. Jeździła tam mama każdego dnia. Wiele razy widząc, że dzieci ewentualnych mieszkańców mają rodziców, którzy zawsze rozstają się z potomstwem rankami, by zarobić parę groszy, zastanawiałam się, czemu mama nie jest jedną z tych kobiet, które pracują. Kiedyś spytałam o to nawet mamy. "Widzisz, córeczko" – powiedziała, gładząc moje długie włosy – "To są Mugole. Niemagiczni ludzie. Nas żywią czarodzieje. Jeżeli umie się używać magi, wcześniej będzie można iść na urlop. Jak jeszcze byłaś mała, to twój tatuś, który niestety wcześniej zginął, zarobił parę groszy, dzięki którym mamy do końca życia pieniążki". Kiedyś zapytałam mamy, dlaczego tatuś nie żyje. Co spowodowało, że umarł. Rozweselony brat głośno się roześmiał, a mama pogromiła go wzrokiem. "Widzisz, tatuś miał drobną usterkę w pracy..." - mówiła tylko, co jeszcze bardziej rozweselało Martina. Nigdy nie wiedziałam, co go tak naprawdę raduje w tym, że ojciec nie żyje. Zapewne on też chciał, żeby tatuś żył. Wtedy mamusia byłaby bardziej wesoła. Zamyśliłam się. Opuściłam powieki. Nawet się nie spostrzegłam, kiedy... zasnęłam. Tak po prostu, w konarach drzew.
Podczas snu poruszyłam się odrobinę w lewo. W tym samym momencie obudziłam się. Spadłam z drzewa na tyłek. Krzyknęłam głośno z bólu. Cudem udało mi się nie złamać którejś z kości. Z łokcia ciekła mi krew – spadając, zahaczyłam go o bramkę. Tak czy inaczej, rozerwałam sobie skórę na tej części ciała. Starłam sobie również kolano. Chwilę po moim ponownym krzyknięciu pełnym bólu pojawiła się mama z Martinem. Mamusia od razu wzięła mnie na ręce i zaniosła do salonu. Braciszek w tym czasie przyniósł bandaże, plastry, waty, szmatę i wodę utlenioną. Jęczałam cicho, przepełniona paniką, gdy polewali krew na moje rany. Podczas tej operacji trzymali szmatkę nad ranami. Przerażona, patrzyłam na uciekającą szybko krew na szmatę. Gdy polali, dotknęli watą ran, by wysuszyć od robinę miejsca, a także, by krew mi nie zaschła w postaci dodatkowych strupów, dzięki którym łatwo podrzeć całą ranę, co sprawi mi podwójny, a może i potrójny ból. Przykleli mi parę dużych plastrów zabezpieczających przed "tamą krwi". Brat przyniósł mi album ze zdjęciami, żebym poleżała trochę z niedużym ruchem. Przekręcałam strony. Chyba dał mi nie ten album co trzeba... Zawsze dawał mi ten z kolorowymi postaciami z bajek... Rozpoznawałam siebie z innymi na większości ze zdjęć. Znalazłam tu też zdjęcia jakiegoś nieznanego chłopca. Siedziałam obok niego, trzymałam go za rękę, całowałam w policzek, bawiłam się z nim... Takich zdjęć było minimum trzydzieści. Przekręcałam kartki. Nagle pojawiło się zdjęcie jeszcze dziwniejsze, niż mogłoby się to komukolwiek zdawać. Po kolejnych kartkach znalazłam zdjęcie jakiejś kobiety. Był pod nią zielonkawy napis zapisany kaligrafią "Bella". Obok tego tekstu były trzy wykrzykniki i zdanie "Nie nawidzę tej dziwki! Przez nią nigdy się nie pobrałam!!!" Zdziwiła mnie ostrość tych słów. Powoli przekręcałam kolejne strony. Na rękę wypadł mi jakiś medalion. Coś w podświadomości podpowiedziało mi, że lepiej o tym nie mówić nikomu...

___

Zdjęcia:
Matka Rose -

Stary album ze zdjęciami:

Najciekawsze zdjęcia:

Medalion:




Pierwsze kroki przyjaźni


Rozdział pierwszy. Rose zaprzyjaźnia się z Draconem.

- Pokaziesz wszystkim jak chodzisz? Pokaziesz? Ojej! Ojej! - Martin trzymał mnie dziewczynkę za rączkę. Podniósł ją i zaniósł do kuchni. W tym pomieszczeniu siedziała matka wraz z jedną z "ciotek". Nie spodziewał się, że dzisiaj przyszła cała rodzina tamtej kobiety. Mały synek o bladej cerze siedział na kolanach ojca. Podejrzewał, że owy maluch był w wieku jego siostry. Po obu stronach matki siedziała Bella z Cyzią. Często przychodziły i doglądały, jak żyje rodzina. Chłopiec nie wiedział, dlaczego nie ma ojca w domu. Przecież, gdy był małym dzieckiem, ojciec często siedział przy nim i czytał mu bajki na dobranoc. Pamiętał dobrze, jak czarnowłosy mężczyzna ze śmiechem kładł się obok niego i usypiał go. Pewnego dnia wyszedł na świeże powietrze i nie wrócił. Dzieciak podejrzewał, że krzywdę zrobił mu ten niedobry staruszek – ten, który wiele razy nawiedzał dom. Pamiętał dobrze, że nigdzie nie zostawali na długo, a jak już zostali, to był huk, bum i rozlatywała się ściana. Eliza, trzymając ich na ręku uciekała. Ojciec zostawał. Rodzice długo rozmawiali po każdym takim razie. Nigdy jednak nie dowiedział się, czego chce mężczyzna. Rozmawiali o tym bardzo wcześnie, kiedy jeszcze spał. Dzieciak podejrzewał również, że tatuś znalazł inną mamusię. Wątpił jednak. Stał tak, dopóki nie odezwała się mama.
- To mój nastarszy, sześcioletni synek – Martin. Martinie, o to Luncjusz Malfoy, mąż Cyzi. A to Draco Malfoy. Jest rówieśnikiem Rose – powiedziała kobieta, uśmiechając się serdecznie do dziecka. - No i oczywiście to jest słynna Rose, córka khy-khym.
- Mamo! To nie jest khy-khym! - sprzeciwił się, odkładając zadowolone dziecko na podłogę. Tupnął nogą. - To jest mój ojciec! Mój i Rose! - zdziwiona dziewczynka spojrzała się na brata z lekkim strachem. - To jest Tom Riddle!
- Milcz. Nie tup mi tu nogami – powiedziała ostro i wzięła córkę na ręce. - Po co przyszłeś? Jesteś głodny?
- Nie, mamo. Rose zrobiła parę pierwszych kroków. Myślałem, że będziesz zadowolona – stwierdził, lekko przerażony niespodziewanym wybuchem matki. - Ale już idę. Daj małą. Zaniosę ją do...
- Zostaw – rozkazała matka. - I... zostań...
- Ale mówiłaś... – sprzeciwił się odrobinę zdziwiony dzieciak.
- Rozmyśliłam się. Zostań, kochanie – uśmiechnęła się ruda.
Chłopak usiadł, patrząc się podejrzliwym okiem na małego dzieciaka. Rose podeszła do niego, lekko się chwiejąc, a potem usiadła blisko dzieciaka, który z godnością zszedł z kolan ojca, ale, gdy starał się być taki ważny, przewrócił się na kolana, co rozśmieszyło zebranych. Mała siostrzyczka śmiała się najgłośniej, chociaż nie wiedziała, co rozbawiło publikę. Martin spojrzał się zazdrośnie na Dracona. Wyszedł z pokoju i zamknął się w pokoju. "No to mam rywala. Rose nie jest teraz tylko moja" – powiedział do siebie i zaśmiał się lekko. Odkąd pamięta, zajmował się młodszą siostrzyczką. Czuł się dziwnie, wiedząc, że gdy dzieci podrosną, to nie on będzie pomagał stawiać siostrze pierwsze kroki w miłości. Wziął do ręki samochodzik i zaczął się bawić. Zaraz przerwał mu donośny szloch. Uważał, że ten chłopak ma oboje rodziców. A on i jego siostrzyczka nie mieli nic. Matka pokazała, jak bardzo ich kocha. Chłopak zadrgał lekko i powrócił do zabawy. Usłyszał stukot czarnych obcasów. Eliza podniosła dziecko za paszki. Spojrzała w jego oczy z nienawiścią i lekko tupnęła nogą. Odrzuciła go na ziemię, nabijając chłopcu parę siniaków.
- Teraz pójdziesz na dół, przeprosisz zebranych i pobawisz się z małym kolegą khy-khym.
- Coś cię drapie w gardle? - powiedział mały z nienawiścią, jaką kobieta znała tylko u Riddle'a.
- Tak chcemy się bawić? Zostań tu, jak tak bardzo chcesz! - wyszła i zamknęła dzieciaka na klucz.
Chłopiec jęknął cicho i zemdlał – kobieta wychodząc kopnęła go mocno. Wiedział, że matka jest jak zawsze pod działaniem alkoholu, nie usprawiedliwiał jednak jej zachowania w ostatnim czasie. A zachowywała się paskudnie.
Tymczasem matka uśmiechnęła się promiennie do gości. Zebrani spojrzeli na nią ze zdziwieniem, oczekując na wyjaśnienia, dlaczego nie ma z nią syna. Zakręciła włosy na palcu i powiedziała po prostu:
- Martina boli brzuch. Wolał zostać w pokoju. Dałam mu jakieś tabletki. Nie przejmujmy się. Prześpi się trochę i poczuje lepiej. Przyniosę dzieciom jakieś zabawki – zawróciła na górę i wróciła z pudłem pełnym pluszaków.
Chłopak ocknął się po parunastu minutach. Podniósł się na łokciach i położył na łóżku. "Trzeba ją chronić" – pomyślał ze smutkiem o przyszłości swojej ukochanej siostrzyczki. "Na razie ma spokój. Mogę przecież zrobić sobie chwilę odpoczynku" – przewrócił się na bok i zasnął.
W tym czasie Rose bawiła się z Draconem. Rodzice obserwowali to wszystko, wymieniając ciche komentarze. Stwierdzili, że ich dzieci w przyszłości będą doskonałymi przyjaciółmi na dobre i złe, a może czymś więcej? Elizabeth myślała tylko jedno "Draco jest z dobrego domu. Ale trzeba chronić ich przyjaźń przed ojcem dziewczynki. Nie będzie zadowolony ze zdrajców".
Przyjaźń dzieci trwała około półtorej roku. Podobnie do znęcania się nad Martinem przez matkę. Po tym czasie spakowali wszystko do waliz i przenieśli się do pięciopiętrowego mieszkania. Był to raczej zamek.


piątek, 2 listopada 2012

Kto męczył rodzinę Riddle'ów. Prolog.


PROLOG


Tom po woli podchodził do swojej narzeczonej, Elizy. Nikt nie wiedział o ich związku. Mimo to chłopak nie był naiwny. Podejrzewał, że o wszystkim dowiedział się jego największy wróg – Albus. Nie, nie bał się go. Miał moce, których on nie posiadał. Ale kochał swoją rodzinę. Naprawdę mocno. Jeszcze nikogo nie pokochał tak mocno, jak swoją ukochaną dziewczynę. Marzył, żeby się z nią ożenić. Eliza obejrzała się za siebie i zachichotała. Zakołysała kołyską. Była cudowną kobietą. Nigdy nie poznał kobiety, o takim uśmiechu. Miała rude, długie włosy, a także ognisty temperament. Kiedy się uśmiechała, widać było rząd lśniących, białych jak świeżo opadnięty śnieg zębów. W tym momencie do pokoju wpadł ich rozchichotany czteroletni synek. Rzucił się ojcu na ręce, a on zakołysał chłopcem. Chłopiec, w przeciwieństwie do siostry, miał geny jedynie matki.
- Marcus już poszedł? - puścił dzieciaka na nogi. Martin bardzo zaprzyjaźnił się z synem jednego ze sprzymierzeńców, Flinta.
- Tak – chłopiec kiwnął głową i zaśmiał się radośnie, domagając się kolejnej dawki pieszczot.
Elizabeth jeszcze raz zakołysała kołyską i uśmiechnęła się serdecznie. Na chwilę zagłębiła się w marzeniach. Szczupłymi palcami chwyciła za długi naszyjnik – jeden z prezentów, które dostała od ukochanego. Mężczyzna specjalnie wszedł w tłum rozhisteryzowanych mugoli, by dotrzeć do zegarmistrza, który sprzedawał tego typu zabawki.
- Kochanie – szepnęła do synka. - Nastała godzina siódma. Czas się kąpać.
- Mamo... Mamo... - zawołał mały. - A tata poczyta mi jeszcze książeczkę na dobranoc?
Rodzice spojrzeli się na siebie i wybuchnęli zdrowym śmiechem. Tata złapał rudowłosego potomka za rękę i zaprowadził do łóżka. Matka powróciła do usypiania dziewczynki. Po chwili zgasiła światło i odchyliła firanki, patrząc się w okno.
- Niedługo będziemy musieli się przenosić – westchnęła. - Dlaczego Albus musi aż tak utrudniać nam życie?
***
Godzina piętnasta. Eliza świętowała ciche zwycięstwo. Rose zasnęła. Ni stąd, ni zowąd, pokój zadrżał. Głośno gdzieś huknęło. Dziewczynka obudziła się i zapłakała. Matka wzięła ją na rękę. Na wszelki wypadek. Ścisnęła narzeczonego za rękę. Szybko w jego ręku pojawiły się ich różdżki. Pierwszy i ostatni raz zostawili je w drugim pokoju. Synek szybko przybiegł i przytulił się do obojga rodziców.
- Boję się – stwierdził, delikatnie szlochając.
Mężczyzna przytulił kobietę i chłopca. Ucałował delikatnie córeczkę.
- Zatrzymam ich – oświadczył z dziarską miną, choć gotowało w nim z przerażenia. - Ty weź dzieci. Schowaj je. Jedź do matki. Rób, co mówię! Stąd się nie deportujesz!
- Skąd wiesz? - objęła drugie dziecko z przerażeniem.
- On... on chce mnie. Dobrze wiesz, że mnie nie dostanie. Elizo... Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to... przyjdę do was.
- Jeśli wszystko pójdzie dobrze? - krzyknęła z przerażeniem, co zbudziło jeszcze większy strach dziecka, który dotychczas obserwował wszystko szeroko otwartymi oczyma. Drugie dziecko zaczęło jeszcze głośniej szlochać.
- Biegnij już! - krzyknął.
Kobieta wzięła synka na drugą rękę i wybiegła drzwiami kuchennymi. W tym samym momencie rozległ się ostatni huk i wszedł Albus Dumbledore. Tom niepewnie zerknął do kuchni i odetchnął z ulgą. Drzwi były zamknięte, więc nie wdział nic więcej. Wiedział jednak, że dziewczyna uciekła z dziećmi.
- Czego szukasz, Albusie? - uśmiechnął się ironicznie i przekrzywił głowę na prawą stronę. Jego długie, czarne włosy spadły mu na ramiona.
- Przecież dobrze wiesz – dyrektor Hogwartu odezwał się melodyjnie i uśmiechnął smutno.
- Gdybym wiedział, nie pytałbym się – stwierdził chłopak, patrząc na starca z nienawiścią. - Dlaczego ty musisz rujnować mi rodzinę? - spytał, Albusa, delikatnie drgając. Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza. Zaraz jednak się otrząsnął i do jego niebieskich oczu powrócił ten sam płomień nienawiści co wcześniej.
- Mam prośbę.
- Gówno mnie obchodzą te twoje idiotyczne prośby. Ty nie zrealizowałeś mojej umowy. Miałeś nie nękać mojej rodziny. Tyle razy wychodziłem sam na świeże powietrze. Wtedy mogłeś mnie prosić. Przez ciebie moja kobieta nie może odetchnąć z ulgą. Obudziłeś nam dziecko. Nawet nie wiesz, jak długo zajęło nam usypianie obojga podopiecznych. I to wszystko szlag trafił! A wiesz dlaczego? Bo ty masz prośbę! Może i bym cię wysłuchał, gdybyś... - Tom zachłysnął się powietrzem, uklęknął i zaszlochał. - Ja też mam uczucia. Też bym chciał wiele. Ale gdy proszę cię o jedną, prostą rzecz, ty musisz robić dokładnie odwrotnie. Zadziwię cię – jestem w uczuciach podobny do ciebie – choć nie jestem gejem – umiem kochać. Moja miłość skierowana jest do rodziny, o którą się martwię. Jest tyle osób, zjawisk itp., które mam w dupie, ale ty musisz akurat kierować swoją złość na mnie na to, na czym mi naprawdę zależy. Albusie, powtarzałeś mi, żebym zachował się jak człowiek. Żebym kochał. Zrobiłem to, o co mnie prosiłeś. Nie spodobało ci się to. Musiałeś wszystko zepsuć – chłopak wybuchł śmiechem. - Czy ty naprawdę jesteś taki głupi, by myśleć, że tu zostanę? - otarł palcem łzę. Przekręcił się na pięcie i już go nie było. Deportował się do żony i dzieci.

***

- Muszę się spotkać z tym [CENZURALNE SŁOWO] – oświadczył Tom żonie pewnego poranka.
- Specjalnie po to pojedziesz do Hogwartu? - spojrzała na niego znad grubego tomiska książki zatytuowanej "Lissa. Moja magiczna miłość". - I proszę, kochanie, nie używaj takiego słownictwa, gdy jesteśmy w kuchni. Mały ma niedaleko pokój. Może usłyszeć.
- Jest u Flintów. Marcus go zaprosił – spojrzał na zegar. - W co mam się ubrać?
Dziewczyna zachichotała. Narzeczony coraz bardziej ją rozweselał pytaniami z życia codziennego, którego nie wiedli. Poszła z nim do oddzielnego pokoju, który służył im jako olbrzymia garderoba. Wyjęła koszulę w kratkę i czarne dżinsy. Odwróciła wzrok, wsuwając ręce i patrząc na wieczorowe sukienki. Westchnęła.
- O czym myślałaś, kochanie? - zapytał mężczyzna, zapinając szeroki pas.
- Gdyby nie Albus, zabierałbyś mnie na bale. To wszystko byłoby używane. Część trzeba powyżucać. Tylko zbierają niepotrzebny kurz. Chciałabym, żeby ON umarł.... - westchnęła, wyrywając się z cudownych marzeń. - Już? - spojrzała z powrotem na mężczyznę i złapała za czarny krawat.
Przysunęła się do mężczyzny. Włożyła mu krawat. Spojrzała na niego krytycznym okiem, uśmiechając się. "Wyglądasz cudownie" – mruknęła. Założyła mu ręce za głowę. Patrzyli sobie w oczy, tonąc w błękicie i brązie. Mężczyzna powoli przysunął usta do warg kobiety. Delikatnie, niewinnie musnął parę razy jej wargi, pomalowane lśniącym błękitem. Marzyli, że ich życie złoży się z takich chwil. Niestety, wszystko zostało popsute. Tom musiał zmienić swoje imię i nazwisko na "Lord Voldemort". Przemienił się na stronę zła. A to wszystko tylko przez jednego człowieka... Przez Albusa, dyrektora szkoły, do której uczęszczał. Ona sama chodziła do damskiego internatu – dużego i luksusowego – gdzie chodziły wille lub przeplatanki will. Wsunęła rękę w jego gęste, odrobinę wilgotne włosy i ucałowała zimne wargi. Stali tak, rozkoszując się swoją bliskością, dopóki nie zapłakało ich najmłodsze dziecko. Kobieta oderwała się od niego, śmiejąc się. Według mężczyzny nikt nie śmiał się ładniej od niej. Uważał, że ma olbrzymie szczęście, mogąc stać teraz z nią. Złapała go za rękę w nerwowym geście.
- Idę ją uspokoić. Mam nadzieję, że wrócisz w miarę szybko. Odbierz Martina, jak będziesz wracał. I... uważaj na siebie – odbiegła, nie oglądając się za siebie, w obawie, że już się nie wyrwie stąd, gdzie jest. Bała się. Jej serce dławił olbrzymi strach o narzeczonego. Miała jednak nadzieję, że dzięki temu spotkaniu z oprawcą. "Dlaczego on nas tak męczy?" - spytała sama siebie. W końcu Tom nie był sam z siebie aż tak okropnym dzieciakiem... To prawda, że zawsze marzył o stronie zła. Bał się jednak swoje plany wprowadzić życie. Przynajmniej dopóki nie zaczął ich męczyć ten cały Albus. Nienawidziła go z całego serca.
Chłopak uśmiechnął się pocieszająco. Szepnął parę tajemniczych słów, a kobieta uśmiechnęła się ponownie, widać jednak było, że w oczach ma żal, nienawiść i smutek. Wyszła z pokoju. Klęknęła przy kołysce. Chłopak usłyszał jej cichy płacz. Nie miał czasu, by ją pocieszać. Zresztą nie chciał zobaczyć jej w takim stanie. Marzył o tym, żeby móc wierzyć, iż jego rodzina jest szczęśliwa. Szczególną troską chciał otaczać dzieci. Gdyby i syn, i córka go w późniejszych latach pokochały, byłby najszczęśliwszym ojcem na świecie. Wyszedł z domu. Obrócił się na pięcie i już go nie było. Deportował się. Chciał ratować rodzinę. Dopóki jest to realne...

___

Zdjęcia członków rodziny Rose wraz z opisami.

Rose Riddle:
Wiek: 2 lata
Rodzina:
Ojciec - Tom Riddle, Matka - Elizabeth of Death
Brat - Martin Riddle
Krew: 3/4 czystej. Matka willa pół krwi, ojciec 1/2 czystej krwi
Zainteresowania (bierzemy ze starszego wieku): Moda, Jazda na deskorolce (ukrywa to), Architektura Wnętrz (nikt o tym nie wie), więc Ciii! :), Quidditch.

Martin Riddle:
Wiek: 6 i pół roku
Rodzina:
Ojciec - Tom Riddle, Matka - Elizabeth of Death
Brat - Martin Riddle
Krew: 3/4 czystej. Matka willa pół krwi, ojciec 1/2 czystej krwi
Zainteresowania: Jazda na deskorolce, Piłka nożna, Quiditch.

Elizabeth of Death
Wiek: 22 lata
Rodzina:
narzeczony - Tom Riddle;
dzieci - Rose Riddle i Martin Riddle
Krew: czysta. Matka willa, ojciec czarodziej czystej krwi
Zainteresowania: Moda, Weterynaria (ukrywa to), OPCM.

Tom Riddle
Wiek: 25 lat (ciągle ubywa mu wieku dzięki Eliksirowi Odmładzającymi. Jego dusza wprawdzie ma 47 lat, lecz ciało 25)
Rodzina:
narzeczona - Elizabeth of Death
dzieci - Rose Riddle i Martin Riddle
Krew: 1/2. Matka czarodziejka czystej krwi, ojciec Mugol (mówi o tym ze splunięciem)
Zainteresowania: Quidditch (pasja z młodszych lat), Ratowanie dam w opałach, ciemna strona mocy :)

czwartek, 1 listopada 2012

Wstęp

Pragnę was jak najserdeczniej przywitać!

Ten blog poświęcam powieści o dziewczynie. Ma ona na imię Rose. Jest to nieściśle związane z Harry'm Potter'em - jej ojcem jest Lord Voldemort.